Dusza na wygnaniu (3)

Czy w obrazie rzeczywistości budowanym przez współczesne nauki przyrodnicze znajdzie się miejsce dla duszy? Nawet jeśli udałoby się zachować samo pojęcie, jego treść musiałaby ulec przeformułowaniu. Pomoże mi to pokazać komentarz woj67, zamieszczony pod moim ostatnim wpisem w obronie tradycyjnej metafizyki.

Woj67 powołał się na klasyczną zasadę metafizyczną głoszącą, że w skutku nie może być więcej rzeczywistości niż w przyczynie. Wynika z niej, że absurdalnym byłoby twierdzenie, iż „martwa materia ożywia się tylko dzięki samej sobie w procesie ‘kombinacyjnego łączenia’ w wyniku, którego ‘osiągałaby’ to, czego nie ma – czyli np. stany uczuciowe, myślenie i inne funkcje niematerialne”. Zatem musimy przyjąć istnienie duszy, która ożywia i scala nasze ciało w jedno.

Rozwój nauk ścisłych podważył jednak zasadność zasady racji dostatecznej. Dziś można wskazywać na przykłady precyzyjnie identyfikowanych przez naukę przyczyn „mniejszych” od swoich skutków – innymi słowy przyczyn, które są autentycznie twórcze. Ks. prof. Michał Heller w wielu miejscach wskazuje na istnienie w przyrodzie procesów modelowanych przez nieliniowe układy dynamiczne. „Równania nieliniowe są w stanie opisać powstanie nowości – mówił Heller podczas odbierania w 2001 r. Nagrody im. Ks. Idziego Radziszewskiego. – Oddziaływania nieliniowe sprawiają, że struktura całości jest istotnie bogatsza od struktury, jaka powstałaby przez sumowanie jej części”. Dzieje się tak, gdyż oddziaływania w układach nieliniowych tworzą hierarchię – do oddziaływań między częściami układu dochodzą oddziaływania między oddziaływaniami. W silnie nieliniowych równaniach ogólnej teorii względności, by obliczyć pole grawitacyjne pochodzące od dwóch mas, nie wystarczy dodać do siebie pola pochodzące od każdej z mas z osobna. Suma tych pól także jest źródłem pola i tak w nieskończoność – wynikiem jest granica ciągu o nieskończenie wielu elementach. (Zob. Heller „Filozofia wszechświata” str. 98, a także str. 446-447).

Innym ciekawym przykładem związanym z układami nieliniowymi jest słynny efekt motyla w teorii chaosu – drobne zakłócenie niestabilnego układu dynamicznego powoduje olbrzymie i nieprzewidywalne zmiany. W „Filozofii wszechświata” Heller pisze, że „efekty nieliniowe leżą u podstaw powstawania i wzrostu samoorganizujących się struktur”. „Wiadomo już dziś, że tego rodzaju struktury – od gromad galaktyk aż do istot żywych – mogą powstawać i ewoluować w stanach dalekich od równowagi dzięki rozmaitym nieliniowym (grawitacyjnym, chemicznym, termodynamicznym,…) strategiom” (str. 447). Zatem znany jest prawdopodobny mechanizm powstawania życia ze struktur ontycznie mniej bogatych – wbrew zasadzie dostatecznej przyczyny.

(Nawiasem mówiąc, owa metafizyczna zasada skopiowana została, jak się domyślam, z logiki. To w rozumowaniu dedukcyjnym jest tak, że przesłanka zawsze zawiera więcej informacji niż wniosek, dlatego dedukcja jest niezawodna. Ciekawe, że ks. Heller w artykule „Przeciw fundacjonizmowi”, powołując się na ważną rolę, jaką w naukowym opisie rzeczywistości pełnią nieliniowe układy, postuluje utworzenie „logiki nieliniowej”. Postulat został podjęty przez jego uczniów, Bartosza Brożka i Adama Olszewskiego, w artykule „Logika zapętleń”, w którym znajdziemy zaczątek formalizacji takiej logiki; zob. „Oblicza racjonalności”, str. 33-50).

*

Czas na propozycję pozytywną. Jeżeli dusza jako substancja „nie z tego świata” (inna niż materia) nie nadaje się do współczesnego obrazu świata, będącego w dużej mierze pod wpływem nauk przyrodniczych, czy skazani jesteśmy na materializm? Nie. Coraz więcej myślicieli wskazuje na pośrednią propozycję, która przejmuje zalety materializmu i dualizmu, zarazem odrzucając ich wady. Chodzi o monizm emergentny. Monizm mówi o jednym tworzywie wspólnym dla ciała i umysłu, emergencja – o nieredukowalności własności układów materialnych wyższego rzędu do elementów z niższych poziomów. Innymi słowy umysł jest tworem mózgu, ale nie jest redukowalny do jego części składowych, np. neuronów i oddziaływań między nimi.

Jednym ze wspomnianych myślicieli jest amerykański filozof Philip Clayton, który uczestniczył w cyklu konferencji zorganizowanych przez Watykańskie Obserwatorium Astronomiczne i Center for Theology and the Natural Sciences w latach 1988-2001 w Berkeley w Kalifornii. Założony przez Hellera i Życińskiego Ośrodek Badań Interdyscyplinarnych oraz wydawnictwo Biblos opublikowało pod tytułem „Stwórca – wszechświat – człowiek” dwutomowy wybór najciekawszych tekstów z tych konferencji. W drugim tomie znalazł się esej Claytona „O Bogu, osobie i neurobiologii w perspektywach emergentyzmu”. Poniżej streszczę jego treść.

*

Zdaniem Philipa Claytona współczesna neurobiologia spotyka się z teologią na terenie metafizyki, a konkretnie w ramach teorii osoby (str. 551). Amerykański filozof uważa, że najbardziej sprzyja temu spotkaniu stanowisko, głoszące współbrzmienie konkretnych wyników neurobiologii z tym, co głosi teologia (str. 550). Przy czym od strony teologii wymaganym standardem jest, by przekonania religijne nie znajdowały się w sprzeczności z wynikami nauk przyrodniczych. Jeżeli taka sprzeczność zachodzi powinniśmy być gotowi do porzucenia owych przekonań (str. 552).

Współbrzmienie teologii i współczesnej nauki o mózgu najlepiej realizuje monizm emergentny. Unika on bowiem dwóch skrajnych stanowisk: radykalnego redukcjonizmu i dualizmu metafizycznego (str. 558). Pierwszy godzi w teologię, drugi w naukę.

Radykalny redukcjonizm jest stanowiskiem, które twierdzi, że ludzka myśl i umysł są całkowicie wyjaśnialne (i w przyszłości zostaną wyjaśnione) przez odwołanie się do reakcji mózgu, czyli zredukowanie wiedzy o człowieku do neurobiologii. Jest to tzw. teza o wystarczalności (str. 558). Przy tej koncepcji nie da się myśleć o osobach „jako o oddzielnych jednostkach działania, jako o podmiotach zdolnych do posiadania intencji, do czynienia referencji i do posiadania subiektywnych doświadczeń” (str. 563). Religia, a co za tym idzie także teologia jako racjonalna refleksja nad religią, zakłada takie myślenie o kondycji ludzkiej jako warunek konieczny.

Z kolei dualizm metafizyczny zakłada istnienie oddzielnego od materii bytu duchowego odpowiedzialnego za posiadanie przez człowieka stanów mentalnych (idei, intencji, emocji, pamięci, itd., zob. str. 559). Nie tylko ma on kłopot z interpretacją wyników eksperymentów neurobiologicznych, wskazujących na zależność naszych myśli, emocji czy pamięci od funkcjonowania mózgu, ale przede wszystkim wydaje się nie do pogodzenia z fundamentalnymi dla nauk przyrodniczych zasadami, np. zasadą zachowania energii (w jaki sposób dusza oddziałuje na ciało nie naruszając podstawowych praw fizyki?).

Monizm emergentny unika tych pułapek. Monistyczne podejście zakłada istnienie jednej tylko substancji rządzonej przez prawa przyrody, a emergencja gwarantuje, że właściwości pojawiające się na wyższych poziomach zorganizowania materii (np. mentalne) nie są redukowalne do własności niższych poziomów (np. fizycznych). Clayton zauważa, że osobowość jest tym poziomem analizy, „który nie ma całkowitego odpowiednika w stanach ciała i umysłu” (str. 569). Osobowość pojawia się w wyniku interakcji poziomu umysłowego z poziomem neurobiologicznym. Z tym, że interakcja ta zachodzi w obu kierunkach: mamy do czynienia ze sprzężeniem zwrotnym między fizyczną przyczynowością „oddolną” (bottom-up causation) i umysłową przyczynowością „odgórną” (top-down causation). W ciekawy sposób potwierdzają to wyrafinowane doświadczenia, np. multimedialno-wirtualna instalacja artystyczna Char Davies „Osmose”.

Takie emergentystyczne podejście pozostawia, zdaniem Claytona, miejsce dla teologii. Pisze on: „Prawdopodobnie teologowie mieliby wiele do powiedzenia na temat emergentnych własności, ich źródeł i ostatecznych celów” (str. 576). Ich zadaniem byłoby dopełnienie tworzonego przez nauki przyrodnicze obrazu kondycji ludzkiej przez zbudowanie antropologii teologicznej.

*

Warto dopowiedzieć kilka słów o owej instalacji Char Davies. „Osmose” to interaktywny symulator rzeczywistości złożony z hełmu i skafandra. Hełm wytwarza symulację trójwymiarowego krajobrazu złożonego z drzew i krzewów, a skafander poprzez wyginanie się na boki umożliwia poruszanie się w tej wirtualnej przestrzeni. Ponieważ w „Osmose” można przechodzić przez elementy wirtualnego krajobrazu (np. drzewa) a samo poruszanie się wymaga innych ruchów niż w rzeczywistości, mózg doświadcza innej interakcji ze światem niż ta, do której jest przyzwyczajony. Okazuje się, że taka symulacja daje niezwykłe efekty psychologiczne. Clayton pisze: „Niektóre osoby po piętnastu minutach tego wirtualnego doświadczenia są głęboko poruszone i – opierając się na ich relacjach – czasem dogłębnie przemienione. Niektórzy utrzymują, że doświadczają potem zanurzenia w niewirtualnym świecie inaczej niż w świecie realnym. Kilka osób twierdzi, że ‘nie boi się już więcej śmierci’” (str. 566).

PS. Fragment będący streszczeniem artykułu Claytona pierwotnie był moją odpowiedzią na jedno z zadań w ramach studiów podyplomowych „Nauka i religia” na UPJP2, które podjąłem we wrześniu. Polecam te studia: nie dość, że są niezwykle ciekawe i prowadzone w systemie e-learningowym (wykłady otrzymuje się mailem, można zatem studiować, mieszkając na drugim końcu Polski), to na dodatek z powodu dofinansowania przez Fundację Templetona bardzo tanie. Tu jest link.

13 myśli w temacie “Dusza na wygnaniu (3)

  1. ~gregg84

    Ciekaw jestem, w jaki sposób Redaktor zamierza utrzymać katolickie twierdzenie o pośmiertnym trwaniu duszy przy postulacie fizyko-mentalnego monizmu…

  2. ~Politolog

    Zastanawia mnie czy kwantowa teoria świadomości nie była by panaceum na naukowy i religijny opis ludzkiej Duszy.
    Faktycznie przy założeniu monizmu emergentnego wpadamy w pułapkę „śmiertelności Duszy” nie do pogodzenia z dogmatami wiary.
    Natomiast jeśli przyjmiemy że Dusza to pewna forma świadomej energii wyrażona w formie kwantowej świadomości to możemy mieć zgodność nauki i religii .

    a oto pewien fragment dot.teorii kwantowej świadomości- „(..)
    Profesor Stuart Hameroff jest anestezjologiem i bada relacje pacjentów, którzy przeżyli śmierć kliniczną.
    Wspólnie z angielskim fizykiem, Rogerem Penrose – opracowali kwantową teorię świadomości Orch-OR.
    Sceptycy twierdzą że koherentne zjawiska kwantowe nie mogły zachodzić w wysokich temperaturach, a więc w tworach takich jak mózg.
    Ostatnio jednak odkryto że niektóre gatunki ptaków w celach nawigacyjnych związanych z ziemskim magnetyzmem,
    potrafią utrzymać koherencję kwantową znacznie dłużej niż udaje się to w laboratorium.

    Ponadto odkryto że woda zamknięta w nanorurkach, również wykazuje inne właściwości kwantowe, niż wtedy gry znajduje się w naczyniach makro.
    Artykuł jest tutaj (po angielsku):
    http://www.technologyreview.com/blog/arxiv/26319/

    Tak więc kwantową teorię świadomości Orch-OR może się udać doświadczalnie potwierdzić, np. mierząc kwantową koherencję wody w nanorurkach,
    które są właśnie odpowiednikiem mikrotubul.
    Dusza, świadomość, umysł – jest na podstawowym poziomie wszechświata, w skali Plancka (..)”

    1. ~gregg84

      @Politolog

      Chrześcijańska dusza nie tylko istnieje, ale także odczuwa, percypuje, myśli i pamięta (zwłaszcza pamięta). W jakim układzie miałaby się poruszać energia, która to wszystko zapewnia? Z czego miałby być zbudowane jej „nanorurki”? I jeszcze jeden problem związany z tą koncepcją: jeśli dusza jest jakąś porcją energii, powinna być w zasadzie mierzalna…

      1. ~Politolog

        Myslę ze problem – „Z czego miałby być zbudowane jej „nanorurki”? I jeszcze jeden problem związany z tą koncepcją: jeśli dusza jest jakąś porcją energii, powinna być w zasadzie mierzalna…”
        można rozwiązać bardzo „prosto” w powszechnym mniemaniu materia i energia to dwa różne „byty” o jest błędem jeśli wezmiemy pod uwagę np.teorię strun -M teorię lub F teorię z 11 i 12 wymiarową czaspoprzestrzenią .
        Na podstawowym poziomie każda cząsta elementarna składa się z strun drgającej energii o długosci Plancka tj.10^-36 m.
        Tak więc na podstawowym poziomie materia i energia zachowuje jedność.
        Często się mówi że nicość rodzi materię tzw. kazus próżni fałszywej i fluktuacji kwantowych.
        reasumując Dusza Nieśmiertela może być emergętną częścią materii ożywionej .

        1. ~gregg84

          Jedność energii i materii na podstawowym poziomie – zgoda. Nie widzę jednak, w jaki sposób miałoby to rozstrzygać problemy, które w monistycznym ujęciu stawia chrześcijańska dusza. Czy świadomość może istnieć jako czysta energia, tj. bez żadnego komponentu materialnego, który by ją ujmował i organizował? Z punktu widzenia neuronauk, do których Redaktor Sporniak chce zbliżyć katolicką dogmatykę – nie może istnieć. I co w sytuacji, gdy nie obserwujemy żadnego wypływu energii elektrycznej z ciała w momencie śmierci? To chyba dobra podstawa, aby tę koncepcję odrzucić…

          1. ~Politolog

            Z pewnośćią współczesna fizyka teoretyczna nie odpowie na wszystkie aspekty ludzkiej Duszy.
            Co do organizacji Ludzkiej Duszy w formie materialnej to można przyjać koncepcje że w czasie śmierci struny energii zmieniają wibrację i przechodzą do innego wymiaru czasoprzestrzennego ( M-teoria 11 wymiarów F-teoria 12 wymiarów).Tak więć zmiana wibracji strun jest praktycznie nie do wykrycia dla współczesnych urządzen pomiarowych , ponadto musimy pamiętać o jeszcze jednym ważnym aspekcie czyli funkcji falowej i kogerencji i dekoherencji kwantowej.
            Myślę również ze ważnym aspektem rozważań jest koncepcja multiwszechświata która poszerza nasz obraz rzeczywistosci.
            Polecam książkę Briana Greene -Ukryta rzeczywistość-w poszukiwaniu wszechświatów równoległych” wyd.prószynski 2012

  3. ~woj67

    Temat duszy z pewnością nie należy do najprostszych. Jest ważny nie tylko dla potrzeb wiary, ale przede wszystkim jego rozumienie może nam coś powiedzieć na nasz temat. A takie lub inne rozwiązania mogą zarazem pomóc nam lepiej zrozumieć nas samych – naszą naturę i istotę! Sporo różnych uwag można by tutaj przytoczyć – chciałbym jedynie podzielić się kilkoma refleksjami związanymi w jakiś sposób z poruszanym tutaj zagadnieniem.
    Myślę, że teoria przytoczona przez Pana, tj. teoria emergencji w niczym nie obala klasycznej metafizyki. Nawet pobieżna znajomość teorii aktu i możności tzn., że w akcie dowolnego bytu nie może być więcej niż jest „zawarte” w jego możności, a to z kolei odsyła nas dalej do refleksji nad źródłem istoty bytu, jego celowości i czynników sprawczych, bo pytanie o duszę tak naprawdę jest pytaniem o przyczynę sprawczą bytu, który próbuje się tutaj wyjaśnić, czyli – przyczynę sprawczą tego, co nazywamy „człowiekiem”. Myślę, że błąd w poprawnym rozumieniu „tego co jest przyczyną sprawczą” człowieka wdziera się w tym przypadku przez pomieszanie porządku poznawczego (epistemiczno – ontologicznego) z porządkiem ontycznym. Chcąc poznać jakąś rzecz można „rozbierać” ją na elementy i mając jakiś przedmiot można dość szybko stwierdzić jaki ma skład (składniki); ile czego zawiera (ilość) itd. W ten sposób odkrywamy jedynie przyczynę materialną. Jest to przykład myślenia redukcyjnego. Na podstawie tylko takiego „oglądu” nie sposób nawet cokolwiek powiedzieć o przyczynie formalnej. Gdyby tak spojrzeć na człowieka to w około 70% jesteśmy wodą. W ogóle wszystko, co nas otacza „zawiera” się w Tablicy Mendelejewa. Ilość pierwiastków jest określona, wszystko jest zbudowane „z tego samego” budulca. Materia ma niesamowitą potencjalność – można z niej zbudować bombę atomową, samochód, dowolny owoc i my też mamy praktycznie większość istniejących pierwiastków w swoim ciele. Można postawić zasadne pytanie: skoro wszystko jest z materii to, co jest czynnikiem różnicującym, że dana porcja atomów jest tym a tym; taką a nie inną porcją bytu? Czy człowiek to tylko porcja bytu? To nic innego jak pytanie o przyczynę formalną.

    Z kolei sprowadzanie wszystkiego do jednej przyczyny stoi w sprzeczności z tym, co obserwujemy – rzeczywistość nie dość, że jest zbiorem odrębnych pojedynczych bytów, oprócz tego w skali mikro i makro jest „szalenie” dynamiczna – nie da się wytłumaczyć zmienności tylko jednym czynnikiem! Coś ulega zmianie zawsze pod wpływem czegoś. Ale świadomie pominę przyczynę sprawczą i celową, by nie zabierać zbyt wiele miejsca.

    Dla filozofii forma nie utożsamia się z kształtem, forma to niematerialny czynnik „układający” materię – dość jasno pokazuje to teoria hylemorfizmu. Materia jest podłożem zmian (czynnik „potencjalnościowy”) dla czegoś co „ją układa” – chyba, że nie jest tak – to materia sama za siebie decyduje, że będzie raz marchewką, raz człowiekiem. Sposób, w jaki np. poukładam sobie książki na półce w niczym nie zmienia ich treści, sama idea, że mają być w takim a nie innym „ciągu”, według takiego czy innego klucza też nie jest żadną wypadkową ich zawartości, można je przekładać „bez końca” a i ciężar pułki się nie zmieni, ponieważ zmiana nie ma charakteru materialnego, tylko jakościowy! To tak jakby twierdzić, że obrączka ze złota jest cięższa niż „samo złoto”. Chyba do dziś są fizycy, którzy twierdzą, że duszę ludzką można zważyć albo, że podczas śmieci jest ubytek masy ciała ponieważ następuje jej „oderwanie”!

    Zdumiewa sam fakt, chęci określenia istoty duszy ludzkiej przez fizykę?! Dusza to pojęcie filozoficzne! Oczywiście występuje też w religii, ale swoje uzasadnienie może znaleźć przede wszystkim na terenie filozofii realistycznej. Dla filozofa dusza jest samoistną formą substancjalną, nie redukowalną do żadnej postaci materii, bądź energii – jest „zasadą” organizującą sobie materię (zasada rozumiana, jako sposób działania nie może być materialna, to tak to jakby twierdzić, że prawo Archimedesa, jego treść jest materialna, tzn. da się zważyć, zmierzyć, zniszczyć…itd. Dusza oprócz tego, że jest formą niematerialną – no, bo skoro by była materialna to jakby wpływała na materię? Działanie „przez” materię nie jest tożsame z działaniem tj. zmianą i „ruchem” materii! Książki na naszej półce nie wymagałyby „układacza”, tylko same z siebie zmieniałyby warianty ustawienia – i nie powinno nas to dziwić – ale jedynie wtedy, gdy odrzucimy zasadę racji dostatecznej. Oprócz tego trzeba zaznaczyć, że dusza jest formą substancjalną dynamiczną (a nie statyczną utożsamianą z kształtem), bo człowiek się porusza i działa, ale jednocześnie musi być też natury rozumnej (intelektualnej), ponieważ człowiek przejawia także takie akty.

    Kim jest człowiek? Co to za byt? Jak to sprawdzać by nie uronić czegoś istotnego lub nie popaść w sprzeczności? Decydujący wydaje się poprawny punkt wyjścia. Bez jakiś gotowych apriorycznych rozwiązań. Wziernikiem w człowieka jest to jak on działa. Oraz sposób orzekania – mogę czegoś nie wiedzieć, mieć kłopot z wnioskiem ale nie dopełniam braków mitologią. Rozum kontrolowany przedmiotem, nie tylko logiką! Człowiek jest bytem materialny – fakt – mamy ciała. W tym ciele są pewnego typu „manifestacje” ,choćby ruch. Jak to materia, podlegamy wszystkim prawom jakie obowiązują w fizyce dla Tablicy Mendelejewa. Tylko, że ciało nie jest to zbiór pierwiastków a przemyślnie skonstruowane „narzędzie” o niekiepskim potencjale możliwości. Co go „konstytuuje”, że nie jest zwałem materii? Co go porządkuje? Co wpisuje program i wprowadza aktualizacje? Powszechnie dużo funkcji przypisuje się mózgowi. Tak, ale ten też nie pojawia się gotowy. A oprócz tego jest cielesny (materialny) Ok.! Dusza! Ale w którym miejscu ciała zaczyna działać? Wypełnia jakiś uprzywilejowany obszar? Przemieszcza się? Biega po ciele? Rozrasta się wraz z nim? Ostatnio genetyka próbuje dorzucić swoje trzy grosze. Ale geny w przeważającej części dziedziczymy – to dusza też jest dziedziczna? Geny „wyprzedzają” duszę? Choroba genetyczna to choroba duszy? A może na odwrót?
    Mam doświadczenie bezpośrednie ciała – mojego ciała. Jeżeli mam doświadczenie ciągłości moich doświadczeń duchowych. Jeżeli z a r a z e m mam je dane (jednocześnie) to muszą się gdzieś skupić, zogniskować, z a m a n i f e s t o w a ć – prawda? Mówię: Idzie się? Siedzi się? Albo: myśli się? Smuci się? O kimś mogę powiedzieć: Smuci się. Ale o sobie raczej powiem: (Ja) Idę! (Ja) Myślę! Człowiek wypromieniowuje z siebie akty i ma bezpośrednie ich doświadczenie! Stoję! Widzę! Wiem! – Prawda? No właśnie czy to prawda?! A może podmiotowość to tylko jakiś chwilowy proces?
    A podczas snu jak niczego nie doświadczam – to gdzie jest moje ja? Ja jest tożsame z duszą?
    Na te i inne pytania można szukać różnych odpowiedzi, najlepiej sięgając do koncepcji filozoficznych. Myślę, że filozofia realistyczna daje całkowicie „przyzwoite” i akceptowalne rozwiązania. To na jej terenie można śmiało próbować rozstrzygać te kwestie. Z pewnością nie jest to zadanie proste, ale nie pozostawia nas „bezsilnych” wobec innych nauk tzw. ścisłych. Większość rozwiązań nie koliduje w żaden sposób z współczesnymi osiągnięciami naukowymi – pod warunkiem przestrzegania poprawności zakresowej i metodologicznej (materialnej i formalnej).

    Wydaje się, że nie ruszyliśmy z punktu wyjścia i kwestie: Czy zmiana płci wpływa w jakiś sposób na duszę? Czy dusza ma płeć i czy można ją zmienić w duszy? Jak dusza – w jakim zakresie – odpowiada za nasze zachowania seksualne? Czy dusza jest bytem moralnym i w ogóle za cokolwiek odpowiada?
    Dlatego też wydaje się, że błędem jest szukanie usprawiedliwienia dla kwestii moralnych – i to nie tylko dla zachowań seksualnych – jedynie w istocie duszy ludzkiej, bądź w naszych genach, a nie w człowieku rozumianym jako całość. Kwestii etycznych nie rozwiązuje się lekarstwem, operacją, zmianą płci, podarowaniem komuś „nowej osobowości” – to są działania dla których etyk powinien poszukiwać ocen w kategorii, czy dany czyn jest godziwy czy nie? Bardziej przydatna w tym miejscu mogłaby okazać się jakaś koncepcja człowieka, jako bytu osobowego.
    Czy dane postępowanie „godzi się” człowiekowi jako osobie czy nie? Tym bardziej, że sfera seksualna jest mocno powiązana w ogóle z ocenami wartościującymi.

    Jeszcze chciałbym się podzielić dwoma spostrzeżeniami:

    Nie uznawanie zasady racji dostatecznej przynosi ciężkie konsekwencje i nie tylko na terenie filozofii, pozwolę sobie przytoczyć fragment z książki L. Kołakowskiego „O co nas pytają wielcy filozofowie” – rozdział Leibniz: „Trzeba nieustannie pamiętać o dwóch naczelnych prawidłach naszego myślenia. Jedno z nich, nie budzące na ogół sprzeciwu, to zasada sprzeczności, czyli reguła, wedle której to, co sprzeczność zawiera lub do sprzeczności prowadzi, musi być fałszywe. Druga reguła nie jest, jak się wydaje, czysto logiczna, lecz metafizyczna. Jest to zasada racji dostatecznej. Powiada ona, że cokolwiek jest rzeczywiste, musi mieć dostateczną rację, z której jest takie właśnie, a podobnie rację taką, takie uwiarygodnienie, musi mieć każde zdanie prawdziwe. Nie znaczy to, że racje takie są nam zawsze dostępne; przeważnie nie są. Jest jednakowoż niesłychanie ważne wiedzieć, że racja taka istnieć musi, inaczej wiedza prawdziwa jest niemożliwa”.
    Czymże jest przyjęcie >>przyczyn „mniejszych” od swoich skutków<>”autentycznie twórcze”<>”…zasadę metafizyczną głoszącą, że w skutku nie może być więcej rzeczywistości niż w przyczynie”<<. Niby drobiazg, lecz druga wersja "znosi" coś, z czym faktycznie trudno się nie zgodzić! W tej wersji nie ma miejsca na relację, dokładnie na to, co "dodaje" relacja.

    Ten "wyższy poziom" (lub jak kto woli, stwierdzenie, że całość jest czymś więcej niż li tylko sumą składowych elementów) to nie jest żadna nowość a jedynie zwrócenie uwagi na fakt, iż właśnie relacja to realny byt. W najszerszym rozumieniu – relacja jako przyporządkowanie czegokolwiek czemukolwiek – to jest byt; właśnie to "przyporządkowanie" ze względu na "zachodzenie” jest czymś realnym – no bo zachodzi – tak rozwiązuje się ten problem w filozofii. Żeby zbytnio nie komplikować podam prosty przykład: stop dwóch metali ma (może mieć, to zależy od procesu technologicznego!) zupełnie nowe właściwości "przekraczające" cechy składników, albo: miłość dwóch osób ma charakter relacji i jako miłość nie daje się zredukować do samych "korelatów", ani tym bardziej do praw biologii, czy fizyki, którym de facto "korelaty" te często podlegają. Miłość jest czymś innym, jest realnym bytem (realnym novum!) powstałym w wyniku relacji – w tym przykładzie – oddziaływania na siebie dwóch osób. Ale u podstaw obu tych przykładów leży ich potencjalność, którą w akcie można aktualizować . W pewnym sensie relacja rozumiana, jako byt pokrywa się z teorią emergencji w skali makro. Zdolności te wynikają jak już wspomniałem, z potencjalności poszczególnych bytów. Zaznaczam – w pewnym sensie! Zasada emergencji, lub jak kto woli prawo emergencji ma charakter fizykalny, nie filozoficzny – dlatego nadużyciem jest wykorzystywanie go do "wyrozumiewania" istoty ludzkiej. Poza tym na dzień dzisiejszy to teoria (a teorie "zastępują" jedynie wiedzę!) dodatkowo – wydaje się, że jest obciążona "lekko" błędem ignotum per ignotum. I z pewnością nie "znosi" teorii aktu i możności w rozumieniu filozoficznym

    1. ~woj67

      Mała korekta jednego akapitu, wystąpił jakiś błąd po „opublikowaniu” – brakuje pewnych fragmentów. Od miejsca „Czymże jest przyjęcie….. do końca tegoż akapitu. Dlatego też może wydawać się niejasny i niezrozumiały.

      Powinno być :
      Czymże jest przyjęcie >>przyczyn „mniejszych” od swoich skutków<>”autentycznie twórcze”<>”…zasadę metafizyczną głoszącą, że w skutku nie może być więcej rzeczywistości niż w przyczynie”<<. Niby drobiazg, lecz druga wersja "znosi" coś, z czym faktycznie trudno się nie zgodzić! W tej wersji nie ma miejsca na relację, dokładnie na to, co "dodaje" relacja.

      1. ~woj67

        Jeszcze raz coś poszło nie tak! Czyżby to był „feralny” fragment? Może tym razem się uda?

        Czymże jest przyjęcie >>przyczyn „mniejszych” od swoich skutków<> „autentycznie twórcze”<> „…zasadę metafizyczną głoszącą, że w skutku nie może być więcej rzeczywistości niż w przyczynie”.<< Niby drobiazg, lecz druga wersja "znosi" coś, z czym trudno się nie zgodzić! W tej wersji nie ma miejsca na relację, dokładnie na to, co "dodaje" relacja.

  4. ~woj67

    Jeszcze raz coś poszło nie tak! Czyżby to był „feralny” fragment? Może tym razem się uda?

    Czymże jest przyjęcie przyczyn „mniejszych” od swoich skutków , które jednocześnie są „autentycznie twórcze”? Nie jest to wskazanie racji dostatecznej? Niby coś się wyrzuca drzwiami, ale wpuszcza później oknem! A tak na poważnie – troszeczkę zmienił Pan sens tejże racji – powołując się na mój komentarz. Wersja ” Z racji przyczyny dostatecznej – tj. nie może być w skutku więcej racji niż w przyczynie. Inaczej – przyczyna (racja) zawsze „wyprzedza skutek” wyraża coś innego niż >> „…zasadę metafizyczną głoszącą, że w skutku nie może być więcej rzeczywistości niż w przyczynie”.<< Niby drobiazg, lecz druga wersja "znosi" coś, z czym trudno się nie zgodzić! W tej wersji nie ma miejsca na relację, dokładnie na to, co "dodaje" relacja.

  5. ~katolik

    Światło Wiary najjaśniej świeciło w Średniowieczu, następnie zaczęło przygasać. Po wypuszczeniu Lucyfera z piekła w 1864r. ledwo się tliło, a po śmierci Piusa XII, ostatniego katolickiego papieża, zgasło zupełnie.
    „A bez wiary nie można podobać się Bogu. Hbr 11:6
    Czy wiesz po co żyjesz?
    http://tradycja-2007.blog.onet.pl/

Możliwość komentowania została wyłączona.