Kłopot z duszą (2)

Kulturowa wojna nasila się. Wielu ludzi kościoła poczuwa się do obowiązku, by się w nią włączyć i publicznie piętnować konkretne środowiska.
Podczas ostatniej edycji „Dialogów w katedrze” metropolita łódzki wypowiedział się m.in. na temat promocji związków homoseksualnych i ideologii gender. Gdyby promocja ta okazała się skuteczna, jego zdaniem, oznaczałoby to, że społeczeństwo musiałoby płacić „na tych, którzy są wyjątkowymi egoistami”. „Którzy nie chcą brać żadnej odpowiedzialności za to, żeby mieć dzieci i je wychowywać, którzy nie chcą myśleć o przyszłości narodu i państwa. To jest rzeczywiście wielka pomyłka – przekonywał abp Marek Jędraszewski – że zabiera się wiele z tych funduszy, które powinny być przeznaczone na wsparcie ubogich i zdrowych wielodzietnych rodzin. A jakoś znajdują się fundusze na propagowanie programów, które w gruncie rzeczy są zwrócone przeciwko człowiekowi”.
Formuła „Dialogów w katedrze” zaprasza do dyskusji, dlatego jest jak najbardziej godna poparcia. Korzystam więc z okazji i dodaję kilka uwag.
Najpierw, abstrahując od wypowiedzi arcybiskupa, chciałbym zauważyć, że sam pomysł pójścia na kulturową wojnę uważam za chybiony. I strategicznie, i taktycznie. Strategicznie, gdyż Jezus nie po to założył chrześcijaństwo, aby szło na jakąkolwiek wojnę. Taktycznie – gdyż wojowanie katolików ze współczesną kulturą przypomina machanie szabelką przed czołgami. Chcę przez to powiedzieć, że nie mamy narzędzi, by wyjść współczesności naprzeciw, a co dopiero z nią wojować. Szabelka to metafora religijnego obrazu rzeczywistości zbudowanego na metafizyce arystotelesowsko-tomistycznej; pancerne odziały to obraz świata budowany w oparciu o współczesne nauki przyrodnicze.
Ale nasze nieprzygotowanie wcale nie jest głównym argumentem przeciwko wojnie kulturowej. Ona sama w sobie jest złym pomysłem, ponieważ na każdej wojnie są niewinne ofiary. W poprzednim wpisie przedstawiałem sytuację transseksualistów, którzy swojej kondycji nie wybierają i bardzo cierpią z jej powodu – stąd ich desperackie próby zmiany płci, a w ostateczności nawet targanie się na własne życie. Powracam do wypowiedzi arcybiskupa Jędraszewskiego: czy ich pragnienie szczęścia to „wyjątkowy egoizm”? Homoseksualiści także swojej kondycji nie wybierają i też bardzo wielu z nich cierpi z jej powodu. I także oni chcą po prostu poukładać sobie życie. Czy to tak trudno nam zrozumieć?
Trudno – jeśli patrzymy na rzeczywistość przez pryzmat tradycyjnej metafizyki. Arcybiskup w ideologii gender widzi echo filozofii Engelsa, jednego z twórców marksizmu. Tomizm, jako spekulatywna metafizyka, może z powodzeniem konkurować z spekulatywnym i już dziś w dużej mierze martwym marksizmem. Problem w tym, że dzisiaj nie marksizm jest wyzwaniem, a obraz rzeczywistości budowany za pomocą nauk przyrodniczych. Jeśli gender odwołuje się do biologicznej genezy płci, nie jest łatwo mu się przeciwstawić. Tomizm w każdym razie tego nie potrafi.
Jeżeli zgodnie z tomizmem za aktywność ciała odpowiada dusza (ciało w tej wizji jest elementem biernym metafizycznego zestawu dusza-ciało/forma-materia), to zarówno transseksualizm, jak i homoseksualizm jest jej chorobą. „Ciało” tu jest niewinne. A na chorą duszę najlepszym lekarstwem jest rygorystyczna moralność (w bardziej „nowoczesnych” psychologizujących odmianach – terapia reparatywna). Stąd ciągle używany w Kościele język mówiący o „patologii”, „zwyrodnieniu”, „skłonności do zła moralnego”. Widać jednak, że dualistyczne ujęcie arystotelesowsko-tomistyczne brnie w ślepy zaułek.
Podejście naukowe zakłada naturalizm metodologiczny (nie mylić z naturalizmem ontologicznym, który jest stanowiskiem metafizycznym przyjmowanym przez ateistów) i ma charakter monistyczny: ciało jest sterowane przez umysł, będący produktem mózgu. Co prawda etiologia transseksualizmu i homoseksualizmu nie jest jeszcze precyzyjnie rozpoznana. Ale program badawczy oparty o naturalizm metodologiczny nie ma konkurencji i prędzej czy później przyniesie efekty.
Św. Tomasz twierdził, że każda stworzona dusza jest dostosowana (commensurata) do tylko jednego konkretnego ciała i po pośmiertnym oddzieleniu od niego, z „utęsknieniem” na to konkretne ciało czeka. Tymczasem współczesne nauki o mózgu pokazują, że identyfikacja własnego ciała jest bardzo poważną pracą umysłu, który nieustannie dokonuje jej przy pomocy skomplikowanych mózgowych mechanizmów. Jeśli one np. z powodu uszkodzeń zaczynają szwankować, własne ciało staje się ciałem obcym. Ten mechanizm jest z punktu widzenia interesu organizmu tak ważny, że z kolei, gdy zabraknie części ciała, mózg przeżywa kryzys. Mam na myśli bóle fantomowe. „Zdarzało się, że pacjenci, u których przeprowadzono amputację, popełniali samobójstwo, aby ostatecznie uciec od ciągłego, rozdzierającego bólu. I, niestety, większość starań, jakie podejmowano, by złagodzić ból cierpiących, nie daje spodziewanych wyników” – pisze Ingram Jay w książce „Płonący dom. Odkrywając tajemnice mózgu”. Autor pokazuje, że źródłem tych kłopotliwych dolegliwości jest ciągłe istnienie w mózgu reprezentacji amputowanej kończyny.
Może jednak się zdarzyć, że mechanizm identyfikacji przestaje działać (co nie powinno dziwić, skoro ma podłoże biologiczne). Neuropsychiatra Oliver Sacks w głośnej książce „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” opisuje przypadek pacjenta z uszkodzonym mózgiem, który ze wstrętem próbował wyrzucić z łóżka własną nogę, będąc przekonanym, że jest cudza. Z kolei Paul Broks w książce „Niedostępny świat. Podróż w głąb umysłu” komentuje przypadek, w którym zaszwankowała identyfikacja całego ciała – pacjentce wydawało się, że jest martwa (tzw. zespół Cotarda).
Dusza w tradycyjnej dualistycznej wizji wydaje się zatem nie do uratowania. Co zamiast? W następnym wpisie spróbuję pokazać współczesne próby monistycznej interpretacji duchowości respektujące dane naukowe.

5 myśli w temacie “Kłopot z duszą (2)

  1. ~Politolog

    Cieszę się że Pan Artur powrócił na blog -), a co do tematu Duszy a właściwie relacji ciało-Dusza i ich konsekwencji związanych z tożsamością płciową jednostki to dodam jeszcze kazus chimeryzmu genetycznego .
    W wielu konserwatywnych periodykach i portalach pojawia się argumentacja że na poziomie DNA każdy człowiek ma z góry określoną płeć i nie można tego zmienić i koniec.
    A co powiedzą konserwatyści jeśli dany człowiek ma w sobie 2 różne DNA i co gorsza 2 różnych płci??? .
    Co powiedzą teolodzy?? jaką płeć ma Dusza tej osoby?
    Więcej na temat chimeryzmu genetycznego http://freeisoft.pl/2012/02/ludzie-hybrydy-z-podwojnym-dna/

  2. ~woj67

    W Polsce operacje zmiany płci są ograniczone z prostej przyczyny – nie wolno amputować części ciała które są zdrowe! Z medycznego punktu widzenia – amputacja zdrowych piersi u kobiety lub usunięcie męskich narządów płciowych nie dotkniętych żadną chorobą jest nieuzasadnione z medycznego punktu widzenia i prawnie zakazane.

    Wydaje mi się, że miesza Pan funkcje duszy i intelektu – mówiąc dość ogólnie (tzn. rozumu i woli a „samego” ludzkiego ciała ). Dusza to niematerialna forma substancjalna ciała, ale to nie dusza odpowiada za moje postępowanie i odczuwanie. (Nawet współczesna psychologia – jako nauka empiryczna mówi, że nie sposób jednoznacznie wychwycić „determinanty” odpowiadające za konkretne indywiduum, tzn kim jesteśmy i kim się stajemy. Kiedyś uważano np., że Freud i jego teoria np. psychoanalizy jest w stanie sporo wytłumaczyć. Dziś w świetle obiektywnych badań okazuje się, że to nieprawda, że to bardziej przypomina mitologię niż fakty. Bo co to jest podświadomość? Dziś mamy genetykę! Człowiek – idąc innym tokiem myślenia – jest compositum i to nierozerwalnym (jeśli jest żywy; bo martwy to jak wiadomo nie człowiek a jedynie ludzki trup), przyjmujemy „konieczność” jej uznania tj. duszy, choć jej bezpośrednio nie jesteśmy w stanie rozpoznać, aby nie popaść w absurd. A mianowicie, że martwa materia ożywia się tylko dzięki samej sobie w procesie „kombinacyjnego łączenia” w wyniku, którego „osiągałaby” to czego nie ma – czyli np. stany uczuciowe, myślenie i inne funkcje niematerialne. Dlaczego grozi nam absurd? Z racji przyczyny dostatecznej – tj. nie może być w skutku więcej racji niż w przyczynie. Inaczej – przyczyna (racja) zawsze „wyprzedza skutek”. Między innymi z tego powodu my „tylko” przekazujemy życie a nie „dajemy” go. No i dzięki duszy nie „rozpadamy się” – to jest jej „widoczna” strona – nie stajemy się z każdą chwilą kimś nowym, wypadają nam włosy, zmienia się nasz wzrost…itd. Stale „wymieniamy” bądź wydalamy komórki,ale nie stajemy się „kimś innym”. (Uważam za duży błąd ukrytą próbę reizacji funkcji duszy; podobnie szukanie w ludzkich genach przyczyn dla aktów o charakterze wolitywnym). Za to postępowanie, kwestie moralne nie są przez nią tj. duszę determinowane, ani pośrednio ani bezpośrednio, oczywiście łącznie z zachowaniami seksualnymi. Podobnie popędy i odczuwanie – dusza to nie to co „ja”. Stany smutku, depresji, itp. nie są produktem genów ani duszy ludzkiej! Gdyby tak było – to sądzenie za nasze czyny (jakiekolwiek, nie tylko związane z seksualnością) nie miało by podstaw ani w kodeksach, etyce lub filozofii , lecz na rozprawę wystarczyłoby przynieść swój „genotyp”. Podobnie jak Pan sugeruje nie było by „problemu” grzechu! Pewien układ genów zapewniał by życie wieczne i wiarę w to! (mam na myśli ludzi wierzących).
    Dlatego człowiek to nierozerwalna całość! To co my empirycznie znamy to człowiek albo trup, choć na pobieżny rzut oka różnica może wydawać się niewielka. Fizycznie wszystko gra – trup nie „zmienia swoich genów” nadal je wszystkie posiada, ale czy jest zdolny za ich pomocą coś zdziałać? Za czasów św. Tomasza nie było genetyki ale to nie znosi jego wykładu o duszy. Oczywiście nie są to rzeczy proste i wymagają trochę wysiłku intelektualnego a choćby taki „Traktat o duszy” to dla „bardziej” zainteresowanych – polecam! Nauka o genach jeszcze nie raz będzie ogłaszać swoje „rewelacje” ale wątpię by doszła do nieśmiertelności człowieka. Gdyby nawet to wyjdzie poza swoje kompetencje! Podobnie osoba wierząca „tłumacząca” swoja nędze „osobistym” bagażem genetycznym!
    Nie traktuję mojej wypowiedzi jako jednoznacznie „znaczącej” , to raczej zbiór kilku myśli jakie nasunął mi Pański tekst.
    Serdecznie pozdrawiając życzę Panu nowych inspiracji!

  3. ~fggb

    Jezus założyć chrześcijaństwo? To wielkie nieporozumienie chyba nie bierze pod uwagę wcale faktów, czyli soboru w Nicei 325 r., cesarz Konstantyna i paru innych drobiazgów.

Możliwość komentowania została wyłączona.